go back
Ta notka może mieć wulgaryzmy.
Kurwa mać. Od momentu wyjścia ze szkoły taki zjebany humor mam T_T' Musze o 17 wrócić do tej pierdolonej budy, żeby kurwa lizać cipy tym ludziom na drzwiach otwartych. Słodzić i się kurwa uśmiechać. Jeszcze mnie kurwa gardło boli a od jakieś godziny jeszcze mam nos zapchany. Jak nic będę chory w przyszłym tygodniu T_T. Szukałem po domu koca, na którym leżałem. Zjdałem niedobry obiad. Pokłóciłem się z mamą. Wrzeszczałem na brata.
Tylko Marta mnie jakoś trzyma w pionie. EHM.
hyhy? ._.
Unoszę się nad taflą jeziora zapomnienia. Dotykam nogą wody zimnej i tworzą się kręgi, stworzone z postępków moich.
Powoli zanurzam się...
...czy będę potrafił zapomnieć o osobach, które kocham? Dla mniejszego bólu...
Boję się... Że to znowu się stanie...
No więc. Mam zamiar teraz pisać codziennie O.o
I zdjąć hasło na bloga ;O
No dobrze. Zostało około 12 godzin do WIELKIEJ GODZINY. Czyli zostało mi około 4 godzin na przygotowanie się. A co ja teraz robię?
*Wziąłem chleb. Rozkroiłem go na kromki i zjadłem cały.
*Piąty raz obejrzałem koncert A.Winehouse
*Słucham A.Winehouse
*Siedzę w necie.
Nie no, w ogóle jest zajebiście. Jakieś kilka godzin temu jeszcze się denerwowałem, a teraz mam totalny zwis. I powiew!
No i... no... Yhm. Powodzenia mi życzcie. Jutro od 10 do 15 trzymać kciuki. Tak mocno jak się da!! ^^*
Edit
A mój Kajuń ma dziś urodziny! Sto lat sto lat <3333333333
Niecałe dwa dni do olimpiady. Moge się mulić i zawieszać w kontaktach międzyludzkich. Zaleca się nie zbliżanie do mnie do soboty, godzina 18:00.
Pomocy...
No dobrze. Wczoraj napisałem notkę, ale mi ją skasowało, więc pieprznąłem to. Dziś napiszę to, co napisałem wczoraj.
Dzisiaj był dziwny dzień.
Zaczął się całkiem nieźle. Ot tak, całkiem udany dzień. Lecz, około 13, dzięki niektórym osobom zamienił się w koszmar. Łzy sanęły mi w oczach około 15, wstrzymywane od tak dawna. Gorące i słone płynęły na moje książki od angielskiego, które ostatnio ciągle maltretuję (olimpiada). Ale to nie koniec! Pokapały też o 18, kiedy... no wiadomo, kto przyszedł...
Godzina 19. Włączyłem sobie koncert Amy Winehouse, który dostałem od mojego najlepszego przyjaciela, taty.
No i 21:25. Zwierzenie się ze wszystkiego mojej M. No i hmmm....
Teraz mnie głowa boli. Nie chcę rozmawiać o tym, co mi się stało, gdyz jest to moja sprawa i pytania na ten temat będą ignorowane ^^.
Tata, M. i Amy. Recepta na dobry humor Jasia.
No. To było wczoraj. A dzisiaj?
Nie było mojej Martuni. Chora. Na początku było mi tak smutno. Ciągłe zawiechy, szczególnie na wyjątkowo nudnym dziś angielskim. Ale od matematyki (udawanie, że coś robię; paluszki; Pola; Agaty i Aguś; Błażej: Wypuchowska) trochę sie odmuliłem. McDonald, który możnaby rzec wszedł nam już w nałóg, co środę, rujnujący nasze fundusze i nasze zdrowie. Ale przynajmniej się spotykamy poza szkołą, która, jakby na to nie patrzeć, jest skupowiskiem żmij. ŻMIJ.
Ehm. Szkoda, że Cię dziś nie było. Brakowało mi Cię...
Odpuszczę sobie mówienie iż Walentynki są
komercyjne i te tam bzdety. Bo może to i prawda. Ale ja zawsze mówię, że każda okazja jest dobra do świętowania miłości. Tak, po raz miliardowy w telewizji leci Nigdy w życiu. Tak, wszędzie są baloniki w kształcie serduszek, lizaki w kształcie serduszek, kartki w kształcie serduszek, ciastka w kształcie serduszek,
wszystko w kształcie serduszek.
Tak, oczywiście. Wszędzie są liżące się pary. No ale to co. A niech inni mają radochę.
Walentynki 2008 były najlepszymi w moim życiu. W kinie na Lejdis z moją M. Najlepszą komedią polską tego dziesięciolecia (niech mi ktoś powie, że nie. spotkamy się na udeptanej ziemi). Dialogi były po prostu świetne. A trzymanie się przez dwie godziny z Martusią za łapkę było... wspaniałe *.* ...
Ach. Jak mi dobrze. Nawet Nigdy w życiu se obejrzę, a co.
Kocham.
Zawsze uważałem, że pisanie notek na lekcji, gdzie cały czas gapi ci się przez ramię jest bezsensowne. Zazwyczaj nic dobrego nie wychodzi. No, ale.
Dziś nie będzie poetycko, czy filozoficznie...
Oni cały czas ię kłócą a ja nie umiem sobie z tym poradzic. Niech on umrze i zostawi nas w spokoju. Nie chcę tak życ. Nie chcę sobie robic krzywdy...
O, proszę. Nikt nie patrzył...
Dwudziesta notka.
Tak wracając do poprzedniej notki to...
po pierwsze
Nic się nie zmieniło. Wciąż cię kohom!
po drugie
Czrwien oczu mych zniknęła. Zastąpił ją bolący ząb!
po trzecie
No więc pogodziłem się. Ale znowu ta walka zaufanie i te tam inne...
*
A tak w ogóle to nie wiem. Zapraszam na
Przygody Legwana Leszka.
Po pierwsze
Przedwczoraj był miesiąc. piękny, słodki miesiąc z moją M. No proszę.
A kto by się spodziewał, że będziemy razem? NIKT! Jak zwykle na przekór wszystkim <3. Kocham cię <3
Po drugie
Prysłem se colą do oka i mnie boli. Takie czerwone było!
Po trzecie
Za nic nie umiem utrzymać zgody z moimi skarbami. Hmmm... Może to jakiś znak? Może Osoba, która jest tam w górze bombarduje mnie znakami, strzela we mnie nimi, wpycha mi je do głowy młotkiem?
Hmmm...
Czas pokaże, czy trzy sprawy dziewietnastej już notki będą kontynuowane, czy może rozwiązane.
Jakoś mnie dzisiaj tak nasżło. Posegregowałem książki alfabetycznie. Sprzątnąłem komputer. Ponumerowałem notki. Dodałem nowe devianarty.
Taki dzień.
Usiądź.
Ułóż się wygodnie w fotelu rozpusty, wtul głowę w próżność i przykryj się kocem tkanym z grubych nici.
Śpij.
Dziadek Sen lata wokół ciebie, zasypując Cię swoim piaskiem. Zaśnij bez wyrzutów sumeinia, zostaw innych sobie.
Śnij.
O radości bycia człowiekiem, której nigdy nie zaznałaś. O świecie bez krzywd, które wyrządziłaś...
Zaśnij snem wiecznym, gdyż takie jest Twoje przeznaczenie.
archiwum
2007
listopad (3)grudzień (8)2008
styczeń (6)luty (10)marzec (9)lipiec (3)sierpien (6)wrzesień (9)październik (4)listopad (4)
layout
Oprawa graficzna autorstwa fenomenalnej
Zuzy.